Puchar pełen zażenowania

Ktoś może mi zarzucić, że brzydko się starzeję, ale znudziła mi się 2-go majowa tradycja zadymiania na Stadionie Narodowym. Finał Pucharu Polski niezmiennie reklamowany jest przez PZPN jako święto polskiego futbolu, tymczasem tak naprawdę wszystko, co fajne i niecodzienne kończy się na dziecinnej rywalizacji w Pucharze Tymbarku. Potem są już tylko powody do wstydu, że w XXI wieku w stolicy dużego europejskiego kraju nie można w znośnych warunkach rozegrać meczu.

Sympatycy klubów, które pokonują długą drogę w eliminacjach, aby pojawić się Narodowym, za punkt honoru stawiają sobie zorganizowanie pokazu pirotechnicznego. Na dalszy plan schodzi doping własnej drużynie, a nawet postawa pupili i wynik rywalizacji. Z kolei służby (i ochrona), które mają zadbać o bezpieczeństwo tej imprezy masowej – są bezradne. Zaś skala ich bezradności jest nieskończenie wielka. Potrafią jedynie utrudnić wejście i zohydzić udział w takim wydarzeniu, szczególnie neutralnym widzom. Nie mają natomiast pomysłu na skuteczną kontrolę i konfiskatę rac, świec dymnych i wszystkich pochodnych. Są niczym stadionowy spiker, który nawołując – przy pomocy infantylnych komunikatów – o zaprzestanie bluzgów czy odpalania pirotechniki oraz przypominając o zakazie zasłaniania twarzy przez łamiących przepisy przez nikogo nie jest traktowany poważnie. Bo co najwyżej wprowadza klimat teatru absurdu.

2-majowy termin stanowi miękkie podbrzusze PZPN, który – mimo dużych wysiłków i prób ucywilizowania finału – nie zdołał jeszcze przeprowadzić tego spotkania na Stadionie Narodowym zgodnie z europejskimi standardami. Wczoraj związek na początku spotkania został zmuszony do wydania komunikatu, w którym napiętnował kibiców Lechii, i oddał fanom Jagiellonii, że weszli „sprawnie, zgodnie z zasadami bezpieczeństwa i organizacji poddając się procedurom kontrolnym.” Tyle że później jedni i drudzy odpalili to, co mieli do odpalenia. Co skończyło się zadymieniem obiektu i utratą widoczności, również na murawie. Novum na Narodowym stanowiły siatki ochronne za obiema bramkami uniemożliwiające wrzucenie – a nawet wstrzelenie – czegokolwiek na boisko. Zatem trudno nie zauważyć, że w porównaniu z rokiem ubiegłym poziom bezpieczeństwa podczas finału PP poprawił się. Szkoda tylko, że poziom ogólnego zażenowania po spotkaniu, które z założenia ma być świętem – ani drgnął.

Trudno, żeby organizator uciekał od odpowiedzialności – i PZPN chyba nawet nie próbuje – tyle że w zaistniałej i powtarzającej się sytuacji walenie wyłącznie w związek nie oddaje skali problemu. Nie sposób przecież oprzeć się refleksji, że słynne: – Z czego się śmiejecie, z siebie samych się śmiejecie – Nikołaja Gogola pasuje tu jak ulał. Smutna prawda jest bowiem taka, że jako kraj (służby, organizatorzy) i społeczeństwo (kibice) nie dorośliśmy do wspólnego celebrowania (nawet) piłkarskich świąt.

O ile dym w pewnym momencie sprowadził widoczność na Narodowym do poziomu – jak określiłby Jan Tomaszewski – pornograficznego (gdyż  ch… było widać), o tyle nie przesłonił sportowej mizerii finału. Piłkarze Lechii i Jagiellonii grali niczym sparaliżowani stawką spotkania, ewentualnie miejscem jego rozgrywania i/lub oprawą. Ostatecznie szczęście uśmiechnęło się do Lechii – przy dużym udziale piłkarzy z Białegostoku w decydującej akcji – i jest w tym zakończeniu duża doza sprawiedliwości. Jeśli oczywiście pod uwagę weźmiemy cały sezon i fakt, że gdańszczanie byli dotąd jego największą rewelacją (choć już lekko gasnącą, a w każdym razie zmęczoną), nie zaś tylko czwartkowy mecz. Bo finał Pucharu Polski – także jeśli chodzi o jego walory sportowe, a może nawet głównie z tego powodu – jest jak najszybciej do zapomnienia.

Adam Godlewski

Jeden komentarz Dodaj swoje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *