Obawy przed Izraelem, czyli – Jurek, ogarnij się!

   Przed poniedziałkowym meczem z Izraelem wśród polskich kibiców dominuje obawa o wynik. I to wcale nie tylko dlatego – a nawet nie głównie – że najskuteczniejszy snajper rywali Eran Zahavi w kwalifikacjach Euro 2020 zdobył już 7 goli, a goście uzbierali jedynie dwa punkty mniej od biało-czerwonych. Niepewność, czy wręcz lęk naszych fanów w pierwszej kolejności powodowany jest postawą drużyny Jerzego Brzęczka. Wygląda bowiem na to, że selekcjoner zmarnował czas nie tylko na poligonie doświadczalnym, jakim była Liga Narodów, ale także czerwcowe – najdłuższe w jego kadencji – zgrupowanie. Przecież określenie, że nasz zespół narodowy gra w kiepskim stylu absolutnie nie oddaje zaistniałego stanu. Smutna prawda jest taka, że nasza reprezentacja po finałach mistrzostw świata w Rosji nie zdążyła wypracować żadnego stylu. Choć wygrywa – na boisku nie ma literalnie niczego do zaproponowania. Nie widać nawet zalążków powtarzalności, nie sposób dostrzec cienia jakiejkolwiek taktyki. Nie wspominając nawet o pomyśle na przejecie kontroli nad meczami. Co w starciach ze znacznie niżej klasyfikowanymi w rankingu FIFA rywalami powinno być obowiązkiem dla najlepszej od lat generacji polskich zawodników dowodzonej przez Roberta Lewandowskiego.

  O ile po starciu z Austrią na inaugurację eliminacji pocieszaliśmy się, że w rywalizacji z najgroźniejszym – jak powszechnie diagnozowano, bo najwyżej notowanym – przeciwnikiem, na dodatek na jego terenie najważniejszy jest wynik a cała reszta się nie liczy, o tyle po spotkaniach z Łotwą i Macedonią Północną można już tylko bić na alarm. Od marca nic bowiem nie drgnęło w organizacji naszej drużyny. Nikt nie prowadzi gry – o regulowaniu tempa i kreowaniu nie wspominając – biało-czerwonych. Ofensywni pomocnicy są apatyczni, a w efekcie Lewandowski bywa tak daleko wysunięty przed pozostałych zawodników, że rywale mogą bez trudu podwoić, a nawet potroić jego krycie. A szukając gry Robert wchodzi tak głęboko między partnerów, że długimi momentami gramy w ustawieniu 1-4-6-0. Mimo niewątpliwie dużej pracy wykonywanej przez kapitana, również przez jego ambitne powroty w poczynaniach naszego zespołu dominuje chaos. Nie dość, że druga linia nie kreuje sytuacji podbramkowych, to boczni obrońcy w ogóle nie współpracują ze skrzydłowymi. Po stracie zespół nie zakłada pressingu, a po odbiorze nie jest w stanie zebrać się do kontrataku. W jaki sposób chce zatem wygrywać? Niestety, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obecny selekcjoner stosuje taktykę na dwa… uda. To znaczy uda się, albo nie. Piłkarze wyglądają bowiem na boisku na kompletnie zdezorientowanych. A przecież zdecydowana większość z nich ma nie tylko wysokie umiejętności i duże doświadczenie z silnych lig, ale również staż w kadrze na tyle znaczący, że stawka meczów o punkty w eliminacjach Euro – i siła rywali pokroju Łotwy czy Macedonii Północnej – nie ma prawa ich paraliżować…

  Ktoś może oczywiście powiedzieć, że wielką sztuką jest zwyciężać w sytuacji, kiedy zespół nic nie gra. A nawet dodać, że trzy wygrane – w tym dwie wyjazdowe – na początek kwalifikacji to sytuacja, w jakiej chciałaby się znaleźć większość zespołów, które przystąpiły do wyścigu o start w finałach Euro 2020. I nawet będzie miał trochę racji. Z naciskiem na słowo: trochę. Bo fart – a pod tym względem Jerzy Brzęczek bije na głowę nie tylko Adama Nawałkę, ale nawet legendarnego Kazimierza Górskiego – skończy się szybciej niż później. Poza tym Nawałka, przede wszystkim zaś Górski, umieli pomagać szczęściu, tymczasem obecny selekcjoner na razie marnuje nie tylko czas, ale także najlepsze od lat nasze piłkarskie pokolenie. Wydaje się, że chaotyczny jest przede wszystkim trener i to jego nastawienie udziela się później drużynie. Ile schematów taktycznych przećwiczył od początku kadencji? A ile z tego jest pożytku? Przecież tak naprawdę po meczu w Skopje podsumowanie wygranego – nie bójmy się prawdy: zupełnie przypadkowo spotkania, w którym bez koszmarnej asysty Ezgana Alioskiego nic pozytywnego nie miało prawa zdarzyć się biało-czerwonym – można sprowadzić do parafrazy pytania śp. Redaktora Janusza Atlasa do Antoniego Piechniczka po jednym z meczów w drugiej kadencji tego utytułowanego selekcjonera. Mianowicie takiej: – Na jakiej pozycji wystąpił Piotr Zieliński? I po co?!

   A przecież na osobne potraktowanie zasługuje także wątek powoływania młodzieżowców przygotowujących się do finałów MME. To oczywiście prawda, że Szymon Żurkowski, Robert Gumny, czy Sebastian Szymański powinni oswajać się z klimatem pierwszej reprezentacji (bo Dawid Kownacki doskonale zna już atmosferę drużyny narodowej), wątpliwości wzbudza jednak moment tych akcji zapoznawczych. Nie dość bowiem, że kadra Czesława Michniewicza ma (już za chwilę) powalczyć o udział w igrzyskach olimpijskich (co kto jak kto, ale srebrny medalista z Barcelony powinien traktować z należytą powagą), to jeszcze Żurkowski i Szymański zaproszenia od Brzęczka dostawali po okresach co najwyżej przeciętnej (a momentami wręcz słabej) gry w Lotto Ekstraklasie. Z góry można było zatem zakładać, że nie zmieszczą się nawet na ławkę w spotkaniach o eliminacyjne punkty. Czyżby selekcjoner i jego sztabowcy naprawdę tego nie widzieli? I nie zdawali sobie sprawy na przykład z faktu, że Szymański jest pierwszym egzekutorem stałych fragmentów w młodzieżówce, więc jego kilkudniowa nieobecność na zgrupowaniu w Grodzisku Wielkopolskim może odbić się na wynikach naszego zespołu w finałach MME? Ostatni tak mocno rażący przypadek destabilizowania kadry młodzieżowej (bez wymiernej korzyści dla pierwszej reprezentacji) przypominam sobie przed igrzyskami w Sydney 2000. Wówczas to śp. Janusz Wójcik zabierał z zespołu ubiegającego się o olimpijskie kwalifikacje Artura Wichniarka, który później lądował na trybunach. Notabene, skończyło się to tak, że biało-czerwoni nie pojechali ani na Euro, ani na IO, a i wzięty obecnie komentator Polsatu nie zrobił w pierwszej reprezentacji kariery, do jakiej niewątpliwie predestynował go talent…

    Nie ma oczywiście racjonalnych podstaw, żeby sądzić, iż Grzegorz Krychowiak ponownie nie będzie musiał popisywać się aktorskimi umiejętnościami, aby zmylić czujność sędziego przed podyktowaniem rzutu karnego przeciw biało-czerwonym i tym samym ratować wynik – co miało miejsce w Skopje – ale mimo wszystko mam nadzieję, że Brzęczek (którego jako piłkarza bardzo ceniłem, a jako ligowego szkoleniowca szanowałem) zdąży jeszcze ogarnąć się w roli selekcjonera. Grupowi rywale są tak mizerni, że nawet nie mając zespołu biało-czerwoni powinni punktować siłą indywidualności. Sprawę trzeba postawić jednak uczciwie: otóż nasza drużyna narodowa cofnęła się w rozwoju do czasów wczesnego Waldemara Fornalika. A może nawet bardziej, tylko dotąd nie miał kto wiarygodnie tego zweryfikować. I oby Izrael także nie dał rady, ale…  To oczywistość, że przy obecnych regulaminach dla generacji z piłkarzem światowej klasy jakim niewątpliwie jest Lewandowski awans do turniejów finałowych powinien być obowiązkiem, a nie szczytem możliwości reprezentacji Polski. Tymczasem obecnie nasz zespół prezentuje się tak, że trudno marzyć nawet o powtórce… pierwszej połowy w Bolonii, gdzie Brzęczek bardzo obiecująco debiutował w meczu z Włochami. Tak kompletnie wszystko zostało rozregulowane…

Jurek, ogarnij się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *