Naprawdę byłby sens wyłącznie płakać?

Po triumfie Hiszpanii w młodzieżowym Euro niczym bumerang wrócił temat naszej kadry U-21 prowadzonej przez Czesława Michniewicza. I szerzej – szkolenia w Polsce, które nie przekłada się na jakość, nie wspominając o urodzie, gry kadr juniorskich, młodzieżowych, a później także pierwszej reprezentacji. Dyskusja jest oczywiście potrzebna, bez właściwej edukacji szerokiej grupy trenerów najmłodszych piłkarzy, a także zapewnienia im lepszych – również materialnych (i to znacznie) – warunków pracy dzieci pod naszą szerokością geograficzną nie będą rozwijały się tak harmonijnie i wszechstronnie jak rówieśnicy z wiodących w futbolu federacji. Należy jednak postawić pytanie, nawet jeśli odpowiedź jest dość oczywista: – Czy kiedykolwiek polska drużyna grała efektowny ofensywny futbol i była w stanie zdominować praktycznie każdego przeciwnika? Otóż prawda jest taka, że raz taki okres się zdarzył – w najlepszym momencie pracy Kazimierza Górskiego z reprezentacją, czyli w pierwszej połowie lat 70-tych poprzedniego stulecia. Czyli z perspektywy rówieśników piłkarzy wyselekcjonowanych przez Michniewicza w czasach prehistorycznych.
Mieliśmy wówczas tak genialne pokolenie, że nawet po kontuzji najlepszego napastnika, kapitana i w ogóle największej gwiazdy – Włodzimierza Lubańskiego – która wyeliminowała go z udziału w Welstmeisterschaft 1974, biało-czerwoni stanęli na podium MŚ. I prawdopodobnie grali wówczas najbardziej atrakcyjny futbol na świecie. Już jednak późniejsza o 8 lat kadra Antoniego Piechniczka, która także sięgnęła po medal mundialu, bazowała na zupełnie innych walorach. W niej liczyły się depnięcie i skuteczność Zbigniewa Bońka, dynamika i siła Włodzimierza Smolarka, żelazne płuca Grzegorza Laty, niesamowita wydolność Stefana Majewskiego. A przede wszystkim – świetna defensywa kierowana przez Władysława Żmudę, której skuteczność była podstawą do wyprowadzania zabójczych kontrataków. Zaś o urodzie gry biało-czerwonych w późniejszych czasach nie ma sensu specjalnie się rozwodzić. Nawet teraz potencjał mamy taki, że nikt przy zdrowych zmysłach nie miałby prawa oczekiwać na pewny awans do finałów dużej imprezy (mimo znacznego powiększenia liczby uczestników w turniejach) gdyby Robert Lewandowski wypadł z gry – jak niegdyś Lubański – na długie miesiące.
Dlatego – zamiast wybrzydzać na defensywny styl kadry U-21, która po mistrzostwach we Włoszech przestała istnieć – cieszmy się, że mamy takich trenerów jak Michniewicz, czy wcześniej Adam Nawałka. Czyli potrafiących grać na wynik nawet z Niemcami czy Włochami, sprawnych taktycznie, którzy z przeciętnych (w większości) zawodników potrafią wycisnąć absolutne maksimum. I zbudować zespół znacznie skuteczniejszy niż wskazywałaby na to suma indywidualnych umiejętności poszczególnych piłkarzy. Nawet po gruntownej reformie szkolenia nie będziemy przecież wychowywać takich wirtuozów jak Hiszpanie. Choćby z uwagi na inny klimat, który w Polsce wciąż nie pozwala szkolić na trawiastych boiskach przez cały rok, ale uwarunkowań jest oczywiście znacznie więcej. Zresztą nie przez przypadek naprawdę nieznaczna liczba nacji w ogóle zbliża się do poziomu, do jakiego doszli w szkoleniu w Barcelonie, Madrycie i okolicach. A chcąc zachować obiektywizm nie sposób nie zauważyć, że w spotkaniu finałowym pod względem technicznym Niemcy także bardzo, ale to bardzo odstawali od Hiszpanów. Wynik zaledwie 1:2, którym mecz się zakończył, jest przy rzetelnej ocenie tego faktu mocno mylący.
Brutalna prawda jest taka, że nawet członkowie sztabu naszej młodzieżówki – może poza Michniewiczem – przed wylotem do Włoch w ciemno wzięliby punkt w grupowej rywalizacji. Za remis z Belgią. Tymczasem dzięki świetnej pracy szkoleniowca Kamilowi Grabarze, Krystianowi Bielikowi i spółce udało się zgarnąć punktów 6. Wykonali zatem 600 procent normy. Pewnie, trudno po 0:5, nawet z późniejszym mistrzem Europy, odtrąbić sukces, ale nie sposób nie docenić jak bardzo ten zespół przekroczył plan oparty na realnej ocenie sytuacji przez ludzi, którzy mieli największe pojęcie o skali wyzwania. „W nagrodę” trenerowi dostało się jednak tu i ówdzie za to, że parkując autokar przed naszym polem karnym jedynie zabija futbol. W sytuacji, gdy – na logikę – dominujący powinien być temat zawodników, których przygotował do występu w pierwszej reprezentacji (a jest ich co najmniej kilku!). I jak mocne podstawy do optymizmu zapewnił im po zwycięstwach z Belgią i Włochami. OK, osiągnął wynik ponad stan, ale jako drugi po Nawałce pokazał, że można wyjść na mecz z potentatami i grać jeśli nawet nie na swoich warunkach, to wedle własnego scenariusza. Może nieatrakcyjnie (a nawet siermiężnie), za to jedynym sposobem, który może zapewnić korzystny wynik i przyzwoite samopoczucie po końcowym gwizdku.
Co zresztą mogłoby wyniknąć z trzech ewentualnych wysokich porażek w finałach młodzieżowego Euro, gdyby nawet nasz zespół próbował grać piłką i przede wszystkim do przodu, do czego ta generacja młodzieżowców absolutnie nie była przygotowana? Otóż – w najlepszym razie kac u kibiców i depresja u piłkarzy. Dlatego spieszmy się cenić takich trenerów jak Michniewicz. Oby znalazł jak największą liczbę naśladowców, bo na piękną grę – w najbliższej dekadzie, a może i w dłuższej perspektywie – to nadal będą mogli pozwolić sobie głównie Hiszpanie. A my w pierwszej kolejności powinniśmy koncentrować się na jak najlepszej organizacji na boisku, czyli wyciskaniu taktycznego maksimum. Może to i smutne, ale innej drogi w tym momencie po prostu nie widać. Zamiast później tylko płakać, lepiej z założenia grać pragmatycznie. Tyle w temacie.
Adam Godlewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *