Panie prezesie Boniek, Zbyszku Szanowny…

Jak Polska długa i szeroka, wszyscy jesteśmy zakochani w krajowej siatkówce w męskim wydaniu. I trudno się dziwić, skoro aktualni mistrzowie świata nawet wystawiając rezerwowy skład są w stanie mieszać w globalnej czołówce. A przywdziewając wyjściowy garnitur – bez kłopotu leją nawet wysoko notowanych przeciwników.
Na grę biało-czerwonych pod wodzą Vitala Heynena patrzy się z radością, ale też z – z piłkarskiej perspektywy – z zazdrością. Przecież nie zawsze było tak, że trener naszej volleyballowej reprezentacji miał wielkie – wręcz nieosiągalne także dla topowych rywali – możliwości selekcyjne. A krajowa liga non stop nie była magnesem dla najlepszych.
Owszem, mamy piękne siatkarskie tradycje. Po raz pierwszy mistrzem świata nasz zespół został w 1974 roku, a dwa lata później sięgnął po olimpijskie złoto, ale cudowny okres skończył się w połowie następnej dekady. Drużyna, która jeszcze w 1981 i 1983 roku z mistrzostw Europy przywoziła srebrne medale, po absencji w zbojkotowanych przez cały tak zwany blok socjalistyczny igrzyskach w Los Angeles przestała się liczyć. Podupadła zresztą cała dyscyplina, jak wiele innych wówczas. Na igrzyska polski zespół wrócił, zresztą na chwilę, dopiero w 1996 roku. I był wtedy chłopcem do bicia; w 5 spotkaniach potrafiła wygrać tylko 1 (słownie: jednego) seta.
Odbudowa potęgi rozpoczęła się dopiero w obecnym stuleciu. Gdy już jednak PZPS wziął się za gruntowną reformę – wspierany przez majętnych i stabilnych sponsorów oraz stacje telewizyjne – to ruszył z kopyta. Co prawda od 2004 biało-czerwoni nie są w stanie przeskoczyć granicy ćwierćfinałów w IO, ale na igrzyska kwalifikują się regularnie (a nawet, jak w tym roku, z łatwością). No i w omawianym czasie dwukrotnie byli mistrzami świata, raz wicemistrzami globu, raz mistrzami Europy, raz wywalczyli także brązowe medale w kontynentalnym czempionacie. Słowem – są gigantem!
OK., siatkówka to nie piłka nożna, nie jest aż tak popularna, gra się w nią jednak na wszystkich kontynentach, A skoro liczą się w niej Brazylijczycy, Amerykanie, Rosjanie, Francuzi czy Włosi, czyli wielkie sportowe potęgi, to nikt nie ma prawa powiedzieć, że powtórne wspięcie się na globalny szczyt przez biało-czerwonych nie było wielką sztuką. Bo było oczywiście ogromnie trudne. Zwłaszcza że droga do elity zaczynała się na dnie dna. Nie brakowało zakrętów i musiało upłynąć sporo czasu, ale dziś polski volleyball jest niedościgłym wzorcem dla futbolu.
Wszystkie powyższe akapity dedykuję oczywiście prezesowi PZPN, Zbigniewowi Bońkowi. Każda dyscyplina ma odrębną specyfikę, ale istotne jest to, że w Polsce – a zatem w dużym i coraz bardziej zasobnym kraju – naprawdę można zbudować coś liczącego się w światowej skali. A przy tym na stabilnych podstawach. I dzięki temu – trwałego. Pod warunkiem jednak, że ma się pomysł na naprawę. I autentyczną chęć jego wdrożenia.
Boniek za 14 miesięcy zakończy drugą – i ostatnią w świetle obecnych przepisów – kadencję w PZPN. Po stronie plusów kończących się rządów może wpisać ćwierćfinał Euro 2016 i odbudowę wizerunku polskiego futbolu, z wizerunkiem związku na czele. To – wbrew pozorom – całkiem sporo. Jednak tylko dla obecnego pokolenia kibiców, którzy w czasie rzeczywistym śledzili zmiany w polskim futbolu. Potomność wcale nie musi tego docenić, jeśli w spadku po Zibim dyscyplina nie otrzyma solidnych podstaw rozwoju niezbędnych do nowego otwarcia.
Nie ma się bowiem sensu oszukiwać – federacja ma, a przynajmniej powinna mieć, wpływ także na postępy klubów. Tymczasem te znad Wisły i Warty notują koszmarny regres; w rankingu UEFA już dawno nie tylko sięgnęły dna, ale i zakopały w kilkumetrowym mule. A mówiąc bez ogródek – nie dość, że są w czarnej d…, to jeszcze się tam urządziły. I to już kilka lat temu.
Mimo to szkolenie z prawdziwego zdarzenia nadal w polskiej piłce raczkuje, profesjonalnego zarządzania w klubach trzeba szukać ze świecą. Zaś podstawowy model budowy ekstraklasowych zespołów wciąż zakłada import produktów piłkarzopodobnych (których Franz Smuda dosadnie nazywał zagranicznym szrotem) kosztem – chciałoby się napisać – zdolnej polskiej młodzieży. Problem w tym, że niewydolny system nie dostarcza tylu talentów, ilu nasz futbol potrzebuje.
Ktoś może powiedzieć, że skoro przez niemal 7 lat spędzonych w PZPN Boniek nie zrobił dość w kwestiach szkolenia i odwrócenia fatalnych tendencji w klubach, to przez nieco ponad rok już nie zdąży zrobić nic więcej. To jednak nie będzie prawda, gdyż podwalimy wciąż może położyć. Ba, wręcz powinien! Trzeba zdawać sobie sprawę, że na efekty systemu szkolenia z prawdziwego zdarzenia trzeba będzie poczekać dekadę. I to co najmniej, bo być może nawet nieco dłużej.
Z kultowego filmu „Rejs” wiemy jednak, że „ktoś musi zacząć pierwszy.” I to nie akcjami ze styku PR, tylko rzetelnym programem, który spowoduje, że futbol znów stanie się w Polsce dyscypliną masową. To znaczy, że masy będą szkolone w spójny i nowoczesny sposób, zgodnie z najnowocześniejszymi światowymi standardami, ale i z uwzględnieniem polskiej specyfiki. A przede wszystkim – w odpowiednich warunkach. Na które składają się nie tylko baza i organizacja, ale w pierwszej kolejności właściwie wyedukowani trenerzy.
Polskie państwo w ostatnim czasie bardzo przychylnym okiem patrzy na krajowy sport. Do szkolenia piłkarzy dołoży w najbliższych latach 130 milionów, więc trudno nie apelować do PZPN: – Tylko tego nie spieprzcie, panowie.
Przypominam sobie zresztą, że na początku rządów Bońka rozważane było wprowadzenie związkowo-samorządowego programu na… Orliki. Nasza piłkarska federacja miała przejąć boiska każdego dnia (przez cały tydzień!) w godzinach od 16 do 19. I przy pomocy dawnych lokalnych gwiazd, dokształcających się nieustannie i z biegiem czasu coraz lepiej wyedukowanych – szkolić (bez opłat ponoszonych przez rodziców) według jednolitego programu w całym kraju wszystkich chętnych. W wieku – o ile dobrze pamiętam – od lat 7.
To był bardzo ambitny projekt. Także a może przede wszystkim z uwagi na koszty (i pewnie dlatego nie został wdrożony). Właśnie jednak takiego rozmachu nasz futbol potrzebuje. Do tego, aby ruszyć w kierunku… siatkówki. Na dziś bowiem tylko tradycje ma równie chwalebne. Zresztą jedyny naprawdę tłusty okres piłkarzy – zwieńczony złotem i srebrem na IO oraz medalem na MŚ – zbiegł się w czasie ze światową dominacją naszych siatkarzy.
Panie prezesie Boniek, szanowny Zbyszku! Jeszcze naprawdę na nic nie jest za późno. Priorytet Twoich rządów w najbliższych miesiącach może być tylko jeden. To znaczy wszystkie siły powinny zostać skierowane na stworzenie systemu, do którego będziemy się odwoływać nawet po upływie dekad. I nic to, że korzyści będą czerpać dopiero Twoi następcy. Przecież – mimo że największy sukces (awans do półfinału PEMK) Widzew osiągnął w 1983 roku, czyli już po Twoim odejściu – we wszelkich plebiscytach to Ty jesteś uznawany za piłkarza wszech czasów w łódzkim klubie!
A teraz stawka jest o wiele wyższa. Chodzi przecież o przyszłość całego polskiego futbolu. Choć o to, w jaki sposób finalnie zapiszesz się w naszej piłkarskiej historii pewnie trochę też…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *