Najsłabszy od wielu lat sztab, to podstawowy problem reprezentacji Polski. Co pan na to, panie prezesie Boniek?

Zbigniew Boniek w ostatnio udzielanych wywiadach gwarantował awans reprezentacji Polski do finałów Euro 2020. I przekonywał, że drużyna pod wodzą Jerzego Brzęczka jest w stanie grać dwa razy lepiej niż dotąd. O ile w występ w przyszłorocznym turnieju wierzę mocno – bo przy obowiązującym regulaminie wręcz nie sposób, mając pozycję wyjściową biało-czerwonych, tam nie wystartować – o tyle w postęp w grze wątpię. I to bardzo. Z dość oczywistego powodu. Najsłabszym elementem w układance obecnego – młodego i wciąż uczącego się – selekcjonera jest jego sztab.

Nominacja dla Brzęczka – charyzmatycznego kapitana srebrnej drużyny olimpijskiej z Barcelony, a później także kapitana pierwszej reprezentacji – przez prezesa Bońka wydawała się krokiem tyleż odważnym co logicznym. Natomiast pozostawienie miękkiego podbrzusza w postaci zbyt skromnego liczebnie, niedostatecznie wyedukowanego i za mało obytego w futbolowych kręgach – w których obraca się na co dzień nie tylko Robert Lewandowski – grona współpracowników selekcjonera była bardzo nierozważna. I do dziś odbija się biało-czerwonym czkawką. Bo pierwszemu trenerowi ewidentnie brakuje nie tylko czasu na pogodzenie wszystkich obowiązków, ale i merytorycznego wsparcia.

Nawałka miał znacznie silniejsze zaplecze.
Liczebnie i intelektualnie.

  Nie można wykluczyć, że obecny selekcjoner ma najsłabiej przygotowany do pracy z kadrą sztab od początku obecnego stulecia. A nawet jeśli ktoś zechce polemizować z powyższą tezą, to nie odeprze argumentów, że w porównaniu z kadencją Adama Nawałki właśnie pod tym względem nastąpił największy regres. Co prawda poprzednik Brzęczka zaczynał z Bogdanem Zającem i Jarosławem Tkoczem, ale miał też pod ręką Tomasza Iwana (w roli dyrektora kadry), który tajniki zawodowego futbolu zna równie dobrze – co najmniej – jak Radosław Gilewicz (członek sztabu). A przecież w miarę upływu czasu Nawałka poszerzał skład współpracowników – o ludzi z dyplomami AWF i licencjami UEFA Pro (Robert Góralczyk – dołączył w lutym 2015, Gerard Juszczak – do sztabu dokooptowany w listopadzie 2015). Zająca też bardzo szybko po objęciu kadry (2014) wysłał na kurs na najwyższą trenerską licencję (UEFA Pro w Szkole Trenerów odebrana w roku 2016). A i Marcin Prasoł (w sztabie od marca 2016) może pochwalić się najbardziej cenionym dokumentem szkoleniowym wydawanym przez PZPN.

Dysponując takim potencjałem, liczebnym i intelektualnym, Nawałka miał odpowiednie siły, żeby we właściwy sposób obserwować zarówno kandydatów do reprezentacji Polski, jak i rywali. A sam mógł gros czasu poświęcać na pracę nad schematami technicznymi. Zarówno w defensywie, jak i ofensywie. I nad ich wdrażaniem. Co zresztą czynił z dobrym skutkiem niemal do końca roku 2017.

II trener zaufany. Ale bez obycia.
Członek sztabu bez kompetencji

  Jak na tym tle prezentuje się zaplecze Brzęczka? Otóż Radosław Gilewicz przystąpił do kursu dla byłych profesjonalnych piłkarzy na licencje UEFA B+A w końcu września… 2018 roku. A więc niemal równo rok temu, już sprawując funkcję asystenta Brzęczka. Czyli w momencie ogłoszenia sztabu nie miał de facto żadnych – potwierdzonych papierami – szkoleniowych kompetencji! Z kolei Tomasz Mazurkiewicz (posiadacz licencji UEFA A) samodzielnie prowadził tylko lokalne kluby z niższych wielkopolskich lig (m.in.: Unię Swarzędz, Unię Janikowo, Jarotę Jarocin, czy Sokół Kleczew). Było to zresztą dość dawno temu. Od listopada 2014 pracuje bowiem w roli asystenta Brzęczka (w Gdańsku, Katowicach, Płocku i obecnie w kadrze).

O ile Gilewicz, 10-krotny reprezentant Polski, był piłkarzem więcej niż solidnym, zdobywał bramki w 4 krajach, w Austrii był kilkukrotnie mistrzem i raz królem strzelców, a puchar wywalczył nie tylko w tym kraju, ale także w Niemczech w barwach VfB Stuttgart, o tyle Mazurkiewicz – także napastnik – zatrzymał się na 88 występach w polskiej ekstraklasie w barwach Olimpii. I na 6 golach. I to właśnie na poznańskim Golęcinie poznał Brzęczka. Zakolegowali, czy wręcz zaprzyjaźnili na tyle, że Jerzy został ojcem chrzestnym syna Tomasza (info za portalem Klin należącym do TV Kościan). A taka prywatna relacja sprawia niewątpliwie, że selekcjoner może mieć (nieograniczone) zaufanie do najbliższego współpracownika. Tylko czy to niweluje niedostatki warsztatowe? I rekompensuje brak innych przymiotów, które powinny cechować asystenta selekcjonera pierwszej reprezentacji kraju?

Napastników dwóch.
Czyli od… Loewa do Herzlake  

  Skoro zatem Gilewiczowi – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to bliski znajomy Joachima Loewa i generalnie jest świetnie ustosunkowany w dobrze futbolu; a jako komentator w tv bezbłędnie czytał grę – ewidentnie brakuje kompetencji, zaś Mazurkiewiczowi obycia na właściwym poziomie (jako zawodnik najwyżej za granicą występował w trzecioligowym niemieckim Herzlake) – to czy ktoś z tego duetu jest w stanie podpowiedzieć rzetelne rozwiązanie selekcjonerowi? To oczywiście pytanie retoryczne. Niby asystentów jest dwóch, ale mają tyle doświadczenia i umiejętności, ile oczekiwać należałoby od właściwie dobranego II trenera. Trudno więc oczekiwać, aby któryś odważył się krytycznie ocenić rozwiązania Brzęczka. Swoją drogą, kiedy na istotnym zgrupowaniu jednej z najważniejszych w tym roku polskich młodzieżówek pojawił się Mazurkiewicz, sztabowcy tej kadry wzajemnie dopytywali się… któż to jest. Co dowodzi, że obecnie jest on postacią niemal zupełnie anonimową. Czy to nie przeszkadza w wypracowaniu autorytetu u reprezentantów?

  A do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Choć niewątpliwie drugorzędny. Mianowicie – podobna perspektywa w spojrzeniu na grę drużyny; obaj asystenci Brzęczka grali przecież w I linii. Tymczasem w Polsce napastnicy znacznie rzadziej zostają szkoleniowcami od piłkarzy z innych formacji. A jeszcze rzadziej – dobrymi. Niezbyt udane (i to delikatnie określając) szkoleniowe przygody mieli Grzegorz Lato,  Andrzej Szarmach, Włodzimierz Lubański, a przede Zbigniew Boniek. W komplecie mogą pozazdrościć kolegom z boiska zorientowanym znacznie bardziej defensywnie – Henrykowi Kasperczakowi, Adamowi Nawałce, czy Pawłowi Janasowi. A Franciszek Smuda i Waldemar Fornalik także przecież – jak Janosik – byli obrońcami.

  Kiedy przed (kilkunastu) laty zapytałem (z osobna) o ten trend Stefana Majewskiego (początkowo boczny pomocnik, później przez lata defensor) i Czesława Michniewicza (bramkarz), niezależnie od siebie odpowiedzieli, że – prawdopodobnie – wynika to faktu, że im bliżej grasz własnej bramki, tym masz szerszy przegląd pola gry. I dzięki temu w trakcie zawodniczej kariery lepiej przygotowujesz się do roli trenera. Bo masz już opanowane, a przynajmniej podpatrzone, niuanse, dotyczące zachowań na niemal wszystkich pozycjach.  

Cichy Woźniak i słabe obserwacje

   Jedyną osobą w sztabie reprezentacji Polski, która zewsząd zbiera pozytywne – ba, wręcz bardzo wysokie – noty jest dziś Andrzej Woźniak. Wedle powszechnie wystawianych przez fachowców ocen, szkoleniowiec golkiperów ma aktualnie plasować się (z uwagi na warsztatowe bogactwo) w pierwszej trójce w Polsce. Obok Krzysztofa Dowhania oraz Andrzeja Dawidziuka. I na pewno kadrowicze nie nudzą się na zajęciach u byłego gracza FC Porto. Tyle że Woźniak także siedzi cicho; choć z innego powodu. Mianowicie przeszłości, o której – zwłaszcza tej związanej z Koroną Kielce – chciałby zapomnieć. Jak ognia unika dziennikarzy, zachowuje się pod tym względem nienaturalnie; wręcz dziwacznie. Spotkany kiedyś przeze mnie po zagranicznych obserwacjach w pociągu – mimo że umówiliśmy się na kawę w wagonie restauracyjnym – zaszył się tak głęboko, iż nie można go było odszukać.

Czy w zaistniałej sytuacji można się dziwić, że w miarę upływu kadencji Brzęczka schematy i automatyzmy wypracowane w czasach Nawałki, coraz bardziej zanikały na rzecz coraz bardziej wszechobecnego chaosu? A przecież nie sposób także oprzeć się refleksji, że jakość obserwacji przeprowadzanych przez wyraźnie skromniejszy liczebnie i słabiej merytorycznie przygotowany niż u poprzedniego selekcjonera sztab także znacznie spadła. O czym świadczą choćby wrześniowe przypadki Michała Pazdana, który najpierw nieoczekiwanie trafił do wyjściowego składu, aby tuż po nieudanym występie w Lublanie znaleźć się na trybunach. Zaś przed październikową turą eliminacji – ponownie (ubiegłej jesieni także nie otrzymywał powołań od Brzęczka) poza kadrą.

Organizacja gry? To marzenie ściętej głowy…

   Właściwa ocena przydatności poszczególnych zawodników do kadry narodowej to – niestety – tylko jeden z aspektów, z którymi Brzęczek pozbawiony właściwego wsparcia ze strony sztabowców radzi sobie słabo. Albo wcale. Jednego z ligowych trenerów poprosiłem o fachową analizę wrześniowych meczów. I podpowiedź, jakie krytyczne (czyli wedle słownika języka polskiego PWN, oparte na rzeczowej analizie) uwagi selekcjoner powinien usłyszeć przed rozpoczęciem zgrupowania przed spotkaniami z Łotwą i Macedonią Północną. I wyszło, że jest tego naprawdę sporo.

   W pierwszej kolejności do poprawy jest wyprowadzanie piłki z własnej połowy. Trudno dopatrzeć się powtarzalności, a nawet spójnego pomysłu na budowanie akcji. Nawet bez wysokiego pressingu rywali. Płynność prowadzenia ataku to w naszym przypadku pojęcie czysto teoretyczne. Akcje są bowiem rwane, zupełnie tak jakby zawodnicy nie dostawali wytycznych, jak wykorzystywać posiadanie piłki zarówno w bocznych sektorach, ale też i na środku boiska. Dlatego nie ma sensu się dziwić, że Lewandowski często szuka gry w drugiej linii. Wstawiony w pierwszej – nie dostaje przecież piłki. Bo nikt nie potrafi mu tam jej dostarczyć.

  Organizacja gry nie funkcjonowała nawet po szybkim odbiorze. Przy próbie wyprowadzania kontry najczęściej drugie, najdalej trzecie podanie okazywało się niecelne. Zaś o wymienności pozycji, ale z zachowaniem przyjętego schematu gry – która pozwoliłaby na przykład Grzegorzowi Krychowiakowi choć na kilka wypadów charakterystycznych dla tego zawodnika w Lokomotiwie Moskwa – można jedynie pomarzyć. A i tak będzie to marzenie ściętej głowy… Bo przy obecnym (niedo)rozwoju taktycznym naszej drużyny narodowej jest to zwyczajnie niemożliwe.

   A jeszcze gorzej na pozostawieniu zawodnikom – jak zakłada mój rozmówca – zbyt dużej przestrzeni do improwizacji wyglądała we wrześniu organizacja naszej gry po stracie. Bo już na pierwszy rzut oka widoczna była niedostateczna liczba piłkarzy znajdujących się za linią piłki (co wynikało z niewłaściwego przesuwania). Zaś na drugi – zbyt wolny powrót, co skutkowało za dużymi odległościami między poszczególnymi formacjami oraz piłkarzami. Zatem skuteczna obrona była niezwykle utrudniona – zarówno w Lublanie, jak i na Stadionie Narodowym w meczu z Austrią.

Komu i do czego potrzebne są
licencje wydawane przez PZPN?

  Poniesienie porażki z Łotwą, a nawet Macedonią Północną przez biało-czerwonych byłoby – mimo wszystko – olbrzymią sztuką. Dlatego kibice słusznie oczekują od reprezentacji Polski sześciu punktów w dwóch najbliższych spotkaniach. A taki dorobek może nawet zapewnić awans do finałów ME już w niedzielę. Na pewno jednak nie zagwarantuje spokojnych snów Brzęczkowi. Niedoróbek jest tyle, że piłkarze – z Lewandowskim na czele – którzy żyrują naukę szkoleniowców na żywym organizmie własnymi nazwiskami i ryzykują wygwizdaniem przez kibiców, stracili już cierpliwość. Obecna generacja reprezentantów podczas Euro 2020 będzie miała jedną z ostatnich szans na zapisanie się w historii. Co jednak ze sztabem w obecnym składzie i kształcie – dalece niewystarczającym do ogarnięcia wyzwania – wydaje się niemożliwe; wręcz abstrakcyjne.

Grupa trenerów pracująca obecnie z kadrą wymaga poszerzenia, a przede wszystkim – i to na gwałt – dodania jakości. Najlepiej w dużej dawce. To naprawdę zaskakujące (a wręcz szokująco krótkowzroczne), że ktoś angażując trenera pokroju Brzęczka zgodził się, żeby otoczenie niedoświadczonego selekcjonera było tak (nie)przygotowane. Czyli de facto nie zadbał o właściwy komfort pracy obiecującego, ale nieutytułowanego i tak naprawdę niezaprawionego w bojach o duże stawki szkoleniowca. To pozorna oszczędność i polityka kadrowa, która tak naprawdę nikomu się nie opłaca.

Co pan na to, panie prezesie Boniek? Licencje UEFA Pro to towar kosztowny i wysoce reglamentowany w polskim futbolu. I właśnie po to PZPN je wydaje, żeby u boku selekcjonera pracowali wyłącznie ludzie z niższymi (albo zgoła bez) kwalifikacjami? Zatem ile naprawdę są one warte dla związku?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *